DOINFORMOWUJEMY JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO – ZAPIS ZARAZY – CZYLI JAK SPROWADZANO RESPIRATORY (2) (05/2021)

W 1991 CIA poprosiła Gromosława Czempińskiego, ówczesnego zastępcę szefa Zarządu Wywiadu UOP, o dostarczenie dużego ładunku broni do Afganistanu. Nie było w tym nic dziwnego, bo w tamtym czasie nasz wywiad, a właściwie nasze rezydentury, w wielu „egzotycznych” miejscach, na przykład w Bejrucie czy Hawanie, realizowały zadania na rzecz wywiadu amerykańskiego. W tych i wielu innych państwach Polska nie prowadziła wielkich interesów, ale miała solidne rezydentury, na które – w przeciwieństwie do rezydentur CIA – miejscowe służby nie zwracały specjalnej uwagi. A jednak w tym wypadku prośba Amerykanów była nieszablonowa – o tyle nietypowa, co zrozumiała. Poprosili bowiem, by operacja została przeprowadzona z pominięciem pośrednictwa Centrali Handlu Zagranicznego. Chodziło o to, że CHZ był opanowany przez II Oddział Sztabu Generalnego i WSW, oficerów po kursach w KGB i GRU, którym ze zrozumiałych względów CIA nie ufała. Amerykanie obawiali się – słusznie – że o dostarczaniu broni mudżahedinom dowiedzą się Rosjanie. W tej sytuacji Czempiński wybrał jedną z firm działających pod przykryciem, gwarantującą konspirację, formalnie należącą do Leszka Cichockiego: NAT Export-Import. Miał zaufanie do Cichockiego, który był jego podwładnym w Departamencie I w wydziale kontrwywiadu zagranicznego, po drugie NAT Export-Import handlowała z państwami azjatyckimi, więc kontenery odprawiane dla tej firmy nie wzbudzały podejrzeń. W ten sposób wyeksportowano do Afganistanu polską broń i sprzęt za około 100 milionów dolarów, za którą formalnie zapłacił amerykański Departament Stanu. Czy można było przewidzieć, że tamto wydarzenie stanie się pierwszym ogniwem w łańcuchu zdarzeń, które wiele lat później doprowadziły w Polsce do afery z respiratorami i którego także ta historia jest teraz częścią?

Operacja w Afganistanie uzmysłowiła ludziom na wysokich stołkach, że zakładanie małych firm, które miałyby zajmować się obrotem specjalnym, czyli mówiąc po ludzku handlem bronią, to świetny pomysł. Uznano, że takie firmy – z czystą kartą, umiarkowanym ryzykiem dekonspiracji i przede wszystkim, w przeciwieństwie do Bumaru czy Centrali Handlu Zagranicznego, działające nieoficjalnie, na podrabianych dokumentach ostatecznego przeznaczenia lub końcowego użytkownika, sporządzanych w Wydziale do spraw Legalizacji Zarządu Wywiadu – to sposób na osiągnięcie wielkości. Szkopuł w tym, że wywiad cywilny w tamtym czasie przypominał przeciekający okręt. Informacje o pomyśle momentalnie dotarły do ludzi na wysokich stołkach w Wojskowych Służbach Informacyjnych, a pomysł spodobał się na tyle, że postanowili pójść jego tropami. W krótkim czasie WSI powołały do życie dziesiątki spółek handlujących bronią, jak „Cenrex”, „Steo” i wiele innych założonych przez oficerów czy współpracowników WSI i rozpoczęło działalność pod przykryciem. Janusz Onyszkiewicz, ówczesny minister obrony, wydał wewnętrze zarządzenie, zgodnie z którym pieniądze uzyskane z nielegalnego handlu bronią mogły zasilać fundusz operacyjny, a tym samym gigantyczne kwoty zostały wyłączone z jakiejkolwiek kontroli budżetowej. Doprowadziło to do sytuacji, w której dwie polskie służby specjalne, cywilne i wojskowe, zaczęły ze sobą rywalizację o kontrahentów. Można o tej rywalizacji, prowadzonej na brudnym rynku handlu bronią, powiedzieć absolutnie wszystko, tylko nie to, że była to czysta gra. Walka o kontrahentów pomiędzy WSI, a wywiadem cywilnym „odrodzonej Polski” w uproszczeniu sprowadzała się do wzajemnego kablowania na siebie i podkładania nogi wszędzie tam, gdzie tylko to było możliwe. Wszczynane tu i ówdzie śledztwa – które co prawda spowalniały działania konkurencji, ale ich efekt procesowy był zerowy, bo finalnie i tak ukręcano im łby – czy ujawniane przez media wpadki dotyczące handlu bronią były wynikiem właśnie tej rywalizacji i wzajemnych „przecieków kontrolowanych”. Poza śledztwami bez finału skutek przecieków był taki, że skompromitowane spółki wywiadu cywilnego i WSI musiały znikać z rynku – jedne na zawsze, inne tylko na jakiś czas, ale by podtrzymać ciągłość dostaw, w ich miejsce konkurujące ze sobą dwie polskie spec służby wprowadzały nowe spółki, z czystą kartą, przejmujące kontrakty lub przykrywające działalność poprzedników. I tak właśnie powstała lubelska firma E&K – późniejszy dostawca respiratorów dla ministerstwa Łukasza Szumowskiego.

Nie była to pierwsza spółka założona przez Andrzeja Izdebskiego. Wcześniej, już w 1990, została zarejestrowana Joy Company Ltd., skompromitowana później aferą z czeskim semtexem, określanym potocznie jako „czeski plastik”. Z tą firmą wywiad od początku miał same kłopoty. Już pierwsza transakcja, którą miał zrealizować Izdebski, omal nie zakończyła się jego śmiercią. Chodziło o sprawę dostaw broni z radomskiego Łucznika dla Iraku. Sprawa była śliska i groziła potężnymi konsekwencjami międzynarodowymi. Było to po pierwszej przegranej przez Irak wojnie z międzynarodową koalicją, w której Polska opowiedziała się po stronie Stanów Zjednoczonych i reszty koalicjantów. Nie trzeba wyobraźni wyrabiającej nadgodziny, by zrozumieć konsekwencje wynikające z odkrycia faktu dostarczania reżimowi Saddama Husajna broni przez Polaków. Amerykanie rozpracowaliby to z zamkniętymi oczami. Raz dwa doszliby, że stoi za tym polski wywiad i kto wie, co byłoby dalej. A jednak mimo ryzyka ktoś na górze zdecydował, że pecunia non olet i gra jest warta świeczki. Zlecenie na zakup dwóch tysięcy AK-47 i prawie miliona sztuk amunicji Izdebski dostał od Irakijczyka mieszkającego w Niemczech i operującego w całej Europie – człowieka omnibusa, który w Polsce zaczynał od interesów z generałami Czempińskim i Jasikiem, do dziś robi interesy z ważnymi ludźmi skupionymi wokół obecnej ekipy rządzącej, historia na oddzielną opowieść – kupował broń nie tylko w Polsce, ale wszędzie, gdzie tylko się dało. I dostarczał ją nielegalnie nie tylko do Iraku, ale wszędzie, gdzie tylko się dało – między innymi organizacjom terrorystycznym w Libanie i Jordanii. Izdebski przedstawił sfałszowane świadectwo końcowego użytkownika wystawione na rząd Sri Lanki, ale tego kitu nie kupiłby nawet mój kot, więc nie dziwne, że nie kupili go w ministerstwie. Po prostu Polacy nigdy wcześniej nie wysyłali do Sri Lanki takiego uzbrojenia. Oczywiście, zawsze musi być ten pierwszy raz, niemniej taka „premierowa” na tym odcinku transakcja wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie i choć twardych dowodów na oszustwo nie było, dokument, a priori, uznano za falsyfikat. Izdebski nie miał wyboru, bo sprawy zaszły za daleko. Gdy więc Warszawa nie wydała zgody na wysłanie broni na Cejlon, Izdebski nawiązał kontakt z Korsykaninem Patrickiem Castellim, przedstawicielem mafii korsykańskiej Brise de Mer, jednej z najpotężniejszych organizacji przestępczych ma świecie działającej we Włoszech, Francji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Castelli za sowitą opłatą zgodził się sporządzić nowe kwity i na tej podstawie dostarczyć co trzeba i komu trzeba. Castelli dotrzymał słowa. Jako ostatecznego odbiorcę tym razem wskazano Burkina Faso. Nie musiałem się zastanawiać, jak to się stało, że w polskim ministerstwie, które ostatecznie wydało zgodę na eksport kałasznikowów z Łucznika do Burkina Faso, nikomu nie przyszło do głowy, że Izdebski tak szybko znalazł nowego odbiorcę – chwilę po tym, jak odmówiono mu eksportu do Sri Lanki. Świat mafii i służb specjalnych jest ogromny i pełen krętych dróg. Tak czy inaczej, Arabowie dostali to, czego chcieli i odebrali broń w październiku 1991. I gdy wydawało się, że sprawa znalazła finał, do gry weszła konkurencja wywiadu cywilnego – Wojskowe Służby Informacyjne.

Urzędnicy Centralnego Zarządu Inżynierii Ministerstwa Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, najeżonego agenturą WSI, uznali – nie bez racji – że certyfikat ostatecznego użytkownika przedstawiony przez Izdebskiego na Burkina Faso jest fałszywką. Sprawę do zbadania przekazano Zarządowi Śledczego Urzędu Ochrony Państwa – było to oczywiste kuriozum, coś jak wpuszczenie lisa do pilnowania kurnika. Oczywiście nasi zbadali sprawę, jak należy i zatarli ślady – profesjonalnie. Oficjalnie rozegrano to w ten sposób, że prokurator, w ramach pomocy prawnej, wysłał do Burkina Faso prośbę o sprawdzenie wiarygodności dokumentu ostatecznego użytkownika. Podejrzewam, że na odpowiedź czeka do dziś – tak to się załatwiało i nadal załatwia. Śledztwo zaprowadzono w ślepą uliczkę, napisali „sprawa umorzona” i wszystko ucichło. Ale okazało się, że to nie był koniec tej historii, bo Izdebski nie do końca rozliczył się z Korsykaninem. Pewnie myślał, że mu odpuszczą i zapomną o wszystkim.

Igraszki z regularną mafią, to był odważny, ale naiwny krok. Castelli nie okazał się cierpliwym klientem, bo też miał zobowiązania wobec kontrahentów. Gdy więc w Afryce zaczął mu się palić grunt pod nogami, wynajął Albańczyków z Wiednia, a ci załatwili resztę. Zabrali Izdebskiego na nocną przejażdżkę, nad Zalew Zemborzycki i przekonali, że to nie żarty. Wytrzymał, ile się dało, ale każdy ma swoją granicę odporności i on właśnie poznał swoją. Na koniec przystawili do głowy pistolet. Potem już tylko podpisywał – wszystko co podsunęli, łącznie z wekslami opatrzonymi terminami wymagalności.

Nazajutrz Izdebski pojawił się w naszej delegaturze, rozdygotany jak małe dziecko – na jego miejscu też byłbym rozdygotany jak małe dziecko – i o wszystkim opowiedział, ze szczegółami. Powiedział tak dużo, że nie musiał już więcej. O interesach z Arabami, o Castellim – i o wszystkim innym też. I znów nasi musieli się natrudzić, by zamknąć ten cały bajzel… Historia z Burkina Faso była dla Andrzeja Izdebskiego „przygodą”, na której pomimo dramatycznych okoliczności – a może właśnie przez wzgląd na dramatyczne okoliczności – sporo się nauczył. Zrozumiał, że w tej branży największy problem nie leży w zakupie broni, bo tej na rynku jest całkiem sporo, ani nawet nie w pozyskaniu pieniędzy na zakup i logistykę, bo tu możliwości też było całkiem sporo – cały ambaras polegał na wiarygodnym certyfikacie końcowego użytkownika. Transakcje, które poprzez spółkę Joy Company Ltd. z czasem zaczął robić także na własną rękę, z reguły kończyły się wpadkami. Przykładem była historia czeskiego semtexu, w której rzecz rozbiła się o banał: nie sprawdzono, że urzędnik ministerstwa Czadu, którego podpis widniał na dokumencie, od dwóch lat nie pracował na wskazanym stanowisku. Minęło trochę czasu, nim Izdebski zrozumiał to i owo i nauczył się nie odstawiać fuszerki. Czas jednak działał na jego korzyść, bo po każdej wpadce stosował dobrą zasadę: jeśli coś tracisz – nie trać tej lekcji. Był pojętnym uczniem. Nie to, że od razu wiedział wszystko o wszystkim, ale był na tyle dobry, że w krótkim czasie pozyskał przychylność rekinów tej branży i szybko windował się w górę. Po wpadce z bronią dla Irakijczyków założył spółkę Joy Slovakia na Słowacji z Peterem Jusko i rozpoczął współpracę z Wiktorem Butem, agentem KGB – potem agentem Służby Wywiadu Rosji – szefem „imperium handlu i przemytu bronią”, jak określano działalność Buta w raportach ONZ. Kooperacja z Wiktorem Butem dla Andrzeja Izdebskiego oznaczała jedno – koniec planktonu. Z kolei poprzez współpracę z Peterem Jusko wszedł na rynek bułgarski, gdzie szybko został dużym graczem.

Zapamiętałem zdarzenie z 1997, gdy do jednego z hoteli w Lublinie przyjechało dwóch Bułgarów. Mieli rezerwacje imienne, charakterystyczne dla turystów – nie biznesmenów. Dokonali formalności legitymując się paszportami prywatnymi, ale zachowywali się nienaturalnie ostrożnie. Po kilku latach pracy w „hotelówce” takie rzeczy się zauważa. Obserwacja i analiza danych potwierdziły nasze podejrzenia. Bułgarzy nie byli turystami – byli przedstawicielami bułgarskiego wywiadu pod przykryciem attaché i zastępcy attaché obrony ambasady Bułgarii w Warszawie, którzy przyjechali w interesach do Izdebskiego. Spotkanie odbyło się w siedzibie spółki E&K. Po prostu panowie uzgadniali z Izdebskim szczegóły kontraktu więc zależało im, by ich pobyt był anonimowy. W tamtym czasie, w Lublinie, obserwowaliśmy wiele takich spotkań… Tak więc o wszystkich tych i o wielu innych szemranych interesach „biznesmena” Andrzeja Izdebskiego wiedziałem tak dużo, że nie musiałem już więcej. Wiedziałem o tym, kim jest, jak i dla kogo pracuje. Wiedziałem, że jako zaufany wywiadu, jest jednym z nietykalnych, że ma mocnych protektorów i że tacy, jak on, zawsze spadają na cztery łapy. Tego jednak, jak to się dzieje, że może robić tak bezczelne szwindle, jak ten z respiratorami, w Anno Domini 2020, w dodatku przy udziale ludzi obecnej, podobno wrogiej takim jak on, władzy – tego, przyznaję nie wiedziałem. Usiłowałem to zrozumieć, ale przy całej mojej wiedzy, dorobku i potrafiącej wyrabiać nadgodziny wyobraźni przekraczało to moje możliwości. Liczyłem na to, że kluczem do rozwiązania zagadki będzie pułkownik Marek W. – i nie przeliczyłem się. Rozmowa potwierdzała większość moich domysłów i przypuszczeń, które snułem już od pewnego czasu, ale którym mimo wszystko nie dowierzałem – tak wydawały się nieprawdopodobne.

Rozmowę, która właśnie prowadziliśmy od godziny w nadmorskim kurorcie, poprzedziłem wizytą w Instytucie Pamięci Narodowej, na żądanie Marka: „poczytaj, może zapali ci się lampka, to mój warunek”. No więc, zrobiłem, jak mówił. W zasadzie należałoby powiedzieć, że była to nie jedna wizyta, tylko kilka wizyt, rozłożonych na kilka tygodni, bo zamieszanie z koronawirusem dotarło także do IPN. W efekcie czas oczekiwania na dokumenty był znacznie dłuższy niż wcześniej – zwłaszcza, że chodziło o nie byle jakie dokumenty: do niedawno tajne, ze zbioru zastrzeżonego, opatrzone klauzulą najwyższej tajemnicy. Miałem zapoznać się z ciekawymi materiałami dotyczącymi dwóch nieciekawych typów. I zapoznałem się – ale znów nie do końca.

Cóż mogę powiedzieć po tym co zastałem w IPN? Byłem w lekkim szoku… Już pierwszy z delikwentów miał ciekawą teczkę. Z karty wynikało, że była to teczka „dziewicza”, najwyraźniej nikt przede mną do niej nie sięgał. Daniel Markowski junior miał wpływowego ojca – komunistę – i dostatnią młodość, opływającą we wszelkie dobra materialne i wszystko inne, o czym w tamtych realiach jego rówieśnicy mogli tylko marzyć. Szkołę średnią ukończył w Moskwie, gdzie na stanowisko radcy Ambasady Polskiej w ZSRR skierowano jego ojca – via Urząd Rady Ministrów w Komitecie Przemysłu Obronnego. Tam też młody Markowski rozpoczął studia. Nie byle jakie studia – w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych ZSRR, na kierunku międzynarodowe stosunki gospodarcze. W realiach bloku komunistycznego niewiele rzeczy było pewnych, ale jeśli coś w ogóle było, to jedno: absolwenci MGIMO nie musieli martwić się o przyszłość. MGIMO stanowiła bardzo ważne ogniwo w systemie kształcenia radzieckich kadr w zakresie stosunków dyplomatycznych. Studenci elitarnej uczelni otrzymywali wszechstronne przygotowanie językowe, ekonomiczne, a także ideologiczne i psychologiczne, zaś absolwenci uzyskujący dyplomy jej ukończenia uzyskiwali zarazem bilety do wielkiej kariery. Formalnie uczelnia dostarczała matce – Rosji ekspertów analityków i dyplomatów, nieformalnie stanowiła punkt werbunkowy dla rosyjskich służb specjalnych, KGB i GRU. Na MGIMO roiło się od studentów z państw afrykańskich i Ameryki Środkowej. Rosyjskie służby specjalne miały w czym wybierać – i wybierały. Metody werbunku były urozmaicone, od perspektyw wielkiej kariery po szantaż, o co nie było trudno, bo uzyskanie – czy jak trzeba sfingowanie – kompromitujących materiałów dotyczących uciech studenckiego życia dla KGB czy GRU, to bułka z masłem. Daniel Markowski ukończył radziecką uczelnię z wyróżnieniem, a następnie wrócił do Polski. Na krótko podjął pracę w Ministerstwie Przemysłu Maszynowego, by już stąd trafić do elitarnego Centralnego Zarządu Inżynierii, czyli Cenzinu – wydzielonej w ramach Ministerstwa Handlu Zagranicznego, istniejącej do dziś Centrali Handlu Zagranicznego, wchodzącej w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej specjalizującej się – kiedyś i obecnie – w międzynarodowym handlu bronią. W sprawach kontraktów na broń produkowaną w polskich zakładach zbrojeniowych Markowski wielokrotnie wyjeżdżał do Syrii, Libii, Iraku – w sumie standard. Wszystko, co dotąd przeczytałem, było przewidywalne. Od tego jednak momentu zaczęło robić się równie ciekawie, co groteskowo, bo tylko w takich kategoriach potrafiłem ocenić fakt, że w 1983 roku Markowski zrezygnował z intratnej fuchy w handlu zagranicznym i na własną prośbę odszedł do służby w Milicji Obywatelskiej. Wniosek uzasadnił wolą walki z korupcją w handlu zagranicznym. Miałem nad czym główkować, bo jak świat światem na „korupcji w handlu zagranicznym” zbudowany był cały podskórny ogólnoświatowy system handlu bronią. Slogan autorstwa Markowskiego mógłby zająć pierwsze miejsce w konkursie na kit roku, ale nie miał wiele wspólnego z rzeczywistością. Odejście z Cenzinu wiązało się dla niego z dobrowolną rezygnacją z wyjazdów do Zachodniej Europy, Azji czy Afryki, gdzie dzienna dieta dewizowa przekraczała miesięczne wynagrodzenie oficera MO. Kto po wejściu na taki pułap chciałby, sam z siebie, pracować za takie ochłapy? Altruista. Co jednak, jak co, ale o altruizm akurat Markowskiego nie podejrzewałem. A dalej było jeszcze ciekawiej. Z następnych dokumentów wynikało, że po zaledwie kilku miesiącach Markowski złożył wniosek o kolejne przeniesienie, tym razem do Departamentu I MSW, skąd ostatecznie, po przeszkoleniu w Starych Kiejkutach, trafił do wywiadu. Od tego momentu nie było już Markowskiego – był „Zwierski”, jego legalizacyjne alter ego. Jak dla mnie sprawa była czytelna: studia na MGIMO, oczywisty bonus, w niektórych przypadkach pracy wywiadowczej mogły jednak stanowić obciążenie, więc profilaktycznie skierowano go na „tyły”. „Prawdopodobnie stąd historia z MO” – przypuszczałem pamiętając jednak dobrze, że przypuszczenia są królową porażek. Była to przekonująca teoria – ale jej minus stanowił fakt, że wciąż była to teoria. I gdy mimo wszystko wydawało mi się, że wiem już, co w trawie piszczy, analiza kolejnych dokumentów przyniosła kolejne zaskoczenie. W 1988 Markowski vel „Zwierski” złożył raport o zwolnienie ze służby – i zniknął z „radaru”. Na dobre. I tu, przyznaję, naprawdę zaskoczył mnie. Analizowałem mnóstwo teczek kadrowych pracowników wywiadu, ale po raz pierwszy miałem do czynienia z sytuacją, w której funkcjonariusz służb specjalnych, sam z siebie, przed nabyciem praw emerytalnych, raportował o zwolnienie motywując to stanem zdrowia. A już naprawdę zastanawiające było to, że podupadłszy na zdrowiu nie wystąpił o rentę inwalidzką, nie wykorzystał przysługujących mu uprawnień określonych przez pragmatykę służbową, nie poszedł na urlop zdrowotny – w ogóle nic. Po prostu odszedł i zniknął. Jak duch. To nie miało sensu… Z mojego punktu widzenia teczka Daniela Markowskiego była interesująca, a oceny tej nie zmieniał fakt, że w gruncie rzeczy była mało odkrywcza. Po prostu potwierdzała to, co wiedziałem już wcześniej – że dzieci komunistycznych aparatczyków, ustawione przez wpływowych tatusiów i mamusie, dzięki protekcji to, do czego inni dochodzili przez całe życie talentem i pracą (a w większości przypadków nie dochodzili nigdy) pokonywali jednym susem. Co poza tym? Dużo pytań – mało odpowiedzi. Najważniejsze było to, że zawartości teczki nie potrafiłem dopasować do interesującego mnie zagadnienia – szwindlu z respiratorami przy udziale ministerstwa zdrowia Anno Domini 2020 – i niestety pogodziłem się z tym, że rozczaruję mojego kolegę. Oczywiście nie pogodziłem się tak od razu i nie zadowoliłem się danymi uzyskanymi w IPN. Nadstawiłem ucha tu i tam, ale nie uzyskałem wiele. Pozostawała nadzieja, że rozwiązanie zagadki może przynieść zawartość teczki drugiej – Kazimierza Morskiego, kolejnego z „klientów”, z którego dossier na polecenie Marka miałem się zapoznać. Nie muszę już pytać, co czuje ślepiec, który odzyskuje wzrok.  – jasno widziałem jedno: że w naszej rzeczywistości historia nie istnieje, bo jest czymś, co wciąż trwa. Najwyraźniej coś się wykluwało, nie wiedziałem tylko – co? Liczyłem, że odpowiedź na pytanie bez odpowiedzi uzyskam podczas naszego spotkania. I właśnie teraz, od godziny, podziwiając w sierpniowy wieczór perspektywę Półwyspu Helskiego miałem je podawane na tacy. Słuchając opowiadania kolegi zastanawiałem się, jak to możliwe, że na to rozwiązanie, które przecież miałem przed oczami, nie wpadłem wcześniej sam…

– To było jesienią 1992. Dawny system odchodził w przeszłość, ale my jeździliśmy po Polsce i zakładaliśmy spółki. Jedna za drugą. Takie, jak Unimesko – w tym miejscu kolega spojrzał na mnie i uśmiechnął się. – Jak ci się podobała teczka Kazia Morskiego? – spytał z głupia frant. – Bardzo mi się podobała. Jak biały hipopotam – odpowiedziałem sarkastycznie. –Podobno gdzieś taki jest, tyle, że nikt go nigdy nie widział. Nie mogłeś od razu powiedzieć, że tej teczki w IPN nie ma? – Wtedy nie byłoby frajdy. Chciałem, żebyś tego dotknął – i zrozumiał.

– Zrozumiałem – odparłem zgodnie z prawdą. Było tak, jak mu powiedziałem, bo po wizycie w IPN naprawdę zrozumiałem wszystko. Kilkanaście dni wcześniej w siedzibie IPN w Warszawie otrzymałem dokumenty Alberta Morskiego – seniora. Ciekawa lektura. Bynajmniej nie tylko dla potrzebujących potwierdzenia, na jak małych i cynicznych ludziach budowano w Polsce komunizm. Ja potwierdzenia nie potrzebowałem, bo nie mieszkałem pod lodem i wiedziałem jak jest – ale i tak była ciekawa. Był to zapis losów rodziców Kazimierza, który stanowił obiekt mojego zainteresowania. W teczce tatusia o Kazimierzu nie było jednak wiele – w „zastępstwie” skupiłem się więc na tatusiu. Ojciec Kazimierza Morskiego działał przed wojną w Komunistycznej Partii Polski w Toronto, gdzie został oddelegowany w celu stworzenia ruchu komunistycznego na gruncie kanadyjskiej Polonii. KPP należąca do Międzynarodówki Komunistycznej realizowała dyrektywy wprost z Moskwy, a finansowaniem zagranicznej działalności „wysłanników” zajmował się I Zarząd NKWD – wywiad cywilny ZSRR. Pieniądze dostarczano za pośrednictwem organizacji fasadowych, jak Czerwona Pomoc, przybudówka KPP. Działając w partii komunistycznej w Kanadzie Albert Morski odkrył w sobie zacięcie dziennikarskie i uświadamiał miejscową Polonię głosząc – wraz z żoną Nancy Paczkowską, też aktywną komunistką – hasła ludu pracującego w prowadzonych przez siebie gazetach: „Głosie Pracy” i „Kronice Tygodniowej”. Po II wojnie światowej Morski – senior był bliski objęcia stanowiska ambasadora nowej Polski w Kanadzie, ale wobec oporu kanadyjskich władz obawiających się penetracji sowieckich służb i powtórki casusu działacza komunistycznego w Stanach Zjednoczonych Bolesława Geberta – ojciec Konstantego Geberta, dziennikarza Gazety Wyborczej, który po wojnie okazał się agentem NKWD pseudonim „Ataman” – rodzina Morskich opuściła Kanadę i w 1946 przyjechała do Polski. Albert trafił do dyplomacji, Nancy do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, do Departamentu VII – wywiadu. Po kilkuletnim pobycie w Polsce rodzina Morskich – już z dwoma synami, Kazimierzem i Edwinem – wyjechała na placówkę dyplomatyczną do Londynu. Była to oczywiście „przykrywka” dla zajęcia zasadniczego: służby Alberta Morskiego, agenta pseudonim „Dąbrowa”, na rzecz Informacji Wojskowej, formacji słynącej z wymordowania tysięcy żołnierzy AK. To, w dużym skrócie, tyle, jeśli chodzi o tatusia i mamusię. O Kazimierzu Morskim w IPN dowiedziałem się mniej niż sądziłem – i nie wprost, a z dokumentów „pobocznych”. Uzupełniłem wiedzę w Sądzie Rejestrowym w Lublinie i przede wszystkim słuchając tego, co w trawie piszczy. Po opuszczeniu Wielkiej Brytanii w 1957 wyjechał z rodziną do Norwegii, gdzie ojciec został ambasadorem. W Oslo młody Morski zdał norweską maturę, ukończył szkołę handlową i wrócił do Polski, po czym rozpoczął pracę w prestiżowej Komisji Planowania Urzędu Rady Ministrów na stanowisku starszego radcy. W 1972 przeniósł się do Centrali Handlu Zagranicznego „Metalexport” w Warszawie, która specjalizowała się w eksporcie urządzeń mechanicznych, a od 1980 w handlu bronią. Na wniosek szefostwa CHZ ukończył podyplomowe Studium Służby Zagranicznej Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR i kilkakrotnie był wysyłany na studia podyplomowe, między innymi w Henley w Wielkiej Brytanii. W 1980 delegowano go do Iranu, w charakterze radcy handlowego, a później kręcił się po świecie, tu i tam, pilotując kontrakty zbrojeniowe. Trwało to aż do 1992 – do czasu, gdy założył spółkę do handlu bronią o nazwie Unimesko. Partnerami w spółce były firmy z wysokiej półki, słynna z afery FOZZ firma Uniwersal Dariusza Przywieczerskiego i Przedsiębiorstwo Państwowe Mesko, znany polski producent, broni i uzbrojenia ze Skarżyska Kamiennej, z którym kooperował Andrzej Izdebski. Ten ostatni w 2001 został głównym udziałowcem i właścicielem Unimesko. I tak koło się zamknęło. Sami znajomi – prawie jak w „rodzinie”. Wszystko to, do czego dotarłem, było szalenie ciekawe, bo pokazywało, z jakim środowiskiem związał się kontraktem na respiratory Anno Domini 2020, resort ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, i kim w ogóle są ci ludzie. A kim byli, właśnie się dowiedziałem, bo teraz stało się to dla mnie jasne jak słońce. To, do czego dotarłem było interesujące, ale najbardziej poruszające – wręcz wstrząsające – było to, do czego nie dotarłem: teczki Kazimierza Morskiego w Instytucie Pamięci Narodowej. A nie dotarłem do tej teczki z jednego prostego powodu: bo jej tam nigdy nie było. Wiedziałem, co to oznacza. Był tylko jeden powód, dla którego teczka takiego człowieka, z taką biografią, nie znalazła się w takim miejscu, jak IPN: bo tam trafiały wyłącznie teczki archiwalne, nie dotyczące tych sytuacji, w których – mówiąc językiem specsłużb – ciągłość pracy dla wywiadu została zachowana. I już wiedziałem, co miałem wiedzieć…

– Po ujawnieniu historii z respiratorami wszyscy wzięli pod lupę E&K, ale to była ślepa uliczka, bo kluczem do zrozumienia tej kombinacji jest właśnie Unimesko – spokojny, monotonny głos Marka przywrócił mnie do rzeczywistości. – Podobnie jak E&K Andrzeja Izdebskiego, Unimesko nigdy nie była taką zwyczajną sobie firmą założoną w zwyczajny sposób przez zwyczajnych ludzi. Chyba nie muszę stawiać kropki nad „i” – rozumiałem dobrze, że to nie jest pytanie, jednak na wszelki wypadek potwierdziłem: – Nie musisz. – To było niedługo po tym, jak Izdebski wpadł z transportem broni dla Iraku i zaczął trafić na rozmaite „czarne listy”, aż po „czarną listę” ONZ. Przez pewien czas Unimesko miała siedzibę w Warszawie, ale później przerejestrowaliśmy ją na Lublin, zresztą pod ten sam adres, co E&K, na Radziwiłłowską. Tak zostało do dziś. Historia Unimesko, to opowieść sama w sobie, która mówi o naszej rzeczywistości więcej niż słowa. Spółkę założył Kazimierz Morski i do 2004 roku był jej prezesem. Partnerami w firmie zostali znana z afery FOZZ firma Universal Dariusza Przywieczerskiego i Przedsiębiorstwo Państwowe Mesko – producent broni i uzbrojenia ze Skarżyska Kamiennej, z którym kooperował Andrzej Izdebski. Kapitał założycielski Unimesko pochodził od obu tych firm, podobnie jak nazwa spółki stanowiąca połączenie fragmentów nazw każdej z nich. Morski miał tylko trzy udziały, ale w rzeczywistości kontrolował spółkę. Raz – jako jej prezes, dwa – jako języczek u wagi, bo firmy Universal i Mesko miały odpowiednio: 49 procent i 48 procent udziałów. Spółka specjalizowała się w sprzedaży produktów Mesko, amunicji do różnego rodzaju broni. Firma Morskiego nawiązała kontakty handlowe na całym świecie i eksportowała amunicję od Niemiec poprzez Botswanę i Pakistan po Afrykę i Bliski Wschód. W 2001 Mesko wycofało się z Unimesko zwalniając miejsce dla Riccardo Privitery i jego spółki Talisman Europe. Dwa lata później Privitera sprzedał udziały Andrzejowi Izdebskiemu i od tamtej pory to on jest większościowym udziałowcem Unimesko, przy jednoczesnym zachowaniu prezesury przez Morskiego, jednym zdaniem: sami starzy znajomi z wywiadu. – Zmartwiło mnie, że ma mnie za tak nierozgarniętego, by za każdym razem stawiać kropki nad „i”, ale tę gorzka refleksję zostawiłem to dla siebie. – Do kontrolowania działalności spółki, tak na wszelki wypadek, delegowany został także Daniel Markowski. Formalnie odszedł ze służby 31 lipca 1988, ale wiesz, jak powiadają – od nas się nie odchodzi. Tamtego dnia rozpoczął nowe życie, w instytucjach przykrycia. Potem już tylko czekał na kontakt. Są takie sytuacje, gdy masz tylko taki wybór jak to, czy zawisnąć na krzyżu, czy wbijać gwoździe. W Unimesko Markowski został członkiem zarządu, potem prezesem. Przesłanie było jasne: miał skupić się na zabezpieczaniu naszych interesów. Czytałeś jego akta? – zapytał wyrywając mnie z zamyślenia, bo pewne sprawy były już dla mnie jasne. – Czytałem. A czytając sądziłem, że nie ma tam nic – odparłem. – Aż do tego momentu… – Wiesz już zatem, że tam znajdziesz, czego szukasz: odpowiedzi. Jeśli znasz historię Daniela Markowskiego, Kazimierza Morskiego i Andrzeja Izdebskiego, znasz prawdę o tej branży. I przede wszystkim o tej instytucji, która ją stworzyła…

– I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie sprawa Riccardo Privitery – z mojej strony to nie było pytanie. – Tak – odparł krótko. – Wpuszczenie do Unimesko jego firmy Talisman, to był naiwny krok. – Zatrzymał się, najwyraźniej zapadając się w przeszłość. Zrobiłem to samo. Przed oczami, niczym w kalejdoskopie wydarzeń, przebiegały mi wszystkie obrazy, jakie kojarzyłem z Riccardo Priviterą. Pamiętałem, że był obywatelem Włoch, ale na potrzeby chwili posługiwał się paszportami Wielkiej Brytanii, Izraela i Republiki Południowej Afryki. Meldunek, który przeczytałem, notatka, na którą zerknąłem, przypominałem sobie elokwentnego makaroniarza, wypasionego biura w Warszawie, domu w Wiedniu, organizowanych przez niego bali dobroczynnych i pięknych asystentek, którymi lubił się otaczać. Dzięki ogładzie, kontaktom towarzyskim i znajomości kilku języków mógł uchodzić za człowieka z branży. Niejeden dał się nabrać na tę dekorację okraszoną opowieściami o walkach w Afryce w roli snajpera…

– Po diabła pozwoliliście wejść do spółki firmie Privitery? – nie wytrzymałem. – Przecież mając Izdebskiego, Markowskiego, Morskiego i kogo tam jeszcze licho nadało, wywiad miał wszystko pod kontrolą. – Z punktu widzenia sprawy respiratorów, o której mówimy, nie jest istotne, jak i dlaczego Privitera znalazł się w Unimesko. Ważniejszy jest klucz, którego używał do prowadzenia interesów, przez długi czas z powodzeniem. Aż do historii „portugalskiego kontraktu”. Powołując się na kontakty w polskim MON i Sztabie Generalnym Riccardo Privitera zaproponował wysokiej rangi portugalskim wojskowym kontrakt na dostawę ponad miliona mundurów dla Wojska Polskiego. Ze strony portugalskiej nikt nie zainteresował się, czy fatycznie polskie MON zgłosiło takie zapotrzebowanie. Oficerowie łącznikowi armii portugalskiej nie kontaktowali się z naszymi oficerami łącznikowymi, nie było żadnych zapytań ze strony ambasady – nic. A nie było nic, bo gdyby było, mogłoby wydarzyć się wszystko – pandemonium. Włoch przedstawił Portugalczykom falsyfikaty, które aż kuły w oczy, bez dbałości o szczegóły. Dokumentacja przygotowana rzekomo przez stronę polską zawierała błędy ortograficzne, a jej zapisy wskazywały, że została zawarta we Lwowie. Być może zapatrzył się na przedwojenną mapę, a być może w ogóle nie stanowiło to dla niego różnicy, bo przecież wiedział, że i tak nikt nie będzie tego analizował. I rzeczywiście nikt ze strony portugalskiej nie weryfikował dokumentów, bo przecież nie o ich autentyczność tu chodziło. Nie miały żadnego znaczenia, bo ze strony portugalskiej zainteresowani od początku wiedzieli, że to falsyfikaty, z kolei w Polsce nikt nie słyszał o mundurach od Portugalczyków. A nie słyszał, bo od początku do końca była to lipa. Nie było więc ważne, czy Portugalczycy uwierzyli Priviterze, czy nie – choć wiadomo, że nie – było ważne, że doszło do podpisania umowy pomiędzy portugalskim ministerstwem obrony, a firmą Privitery, zgodnie z którą na konto przyszłych zysków Portugalczycy wypłacili Włochowi osiem milionów dolarów – tytułem zaliczki. W tej branży to norma – oczywista zwrotka. Numer stary jak świat, aż dziw, że wciąż skuteczny. W takich operacjach nie chodzi o realizację kontraktu – chodzi o wypłatę pieniędzy. Po wypłacie część kwoty zatrzymuje oferent, reszta wraca do tych, którzy kontrakt załatwili. W dziewięciu przypadkach na dziesięć szwindle uchodzą na sucho i nie ma z tego problemów. Dlaczego? Bo nikt nie jest zainteresowany, żeby były. Widziałem takie rzeczy setki razy. Oczywiście zawsze znajdą się ludzie, którzy będą wiedzieli, że do czegoś doszło, ale prawdy nie odkryje nikt. Sęk w tym, że w tej konkretnej sytuacji coś poszło nie tak i Privitera stał się tym jednym z dziesięciu – wyjątkiem od reguły. Miał pecha. Zrobili mu proces i dostał siedem lat odsiadki, jednak w oczekiwaniu na apelację uciekł do Szwajcarii. Widziałem się z nim, zupełnie przypadkowo, w Lucernie, kilka lat temu. Był dobrej myśli, jednak Helweci nie myśleli go kryć i ostatecznie wydali Portugalczykom. A portugalscy wojskowi? Po ujawnieniu afery korupcyjnej w armii portugalskiej odcięli się od niego,  wewnętrzne śledztwo ciągnęło się dziesięć lat i „wykazało”, że wojskowi stali się „ofiarami” nieuczciwego kontrahenta… Historia Riccardo Privitery, to cała prawda o hucpie w polskim Ministerstwie Zdrowia i aferze z respiratorami – spointował i zapatrzył się na zachodzące nad zatoką słońce, jakby dając mi czas, bym ochłonął. Nie musiałem dopasowywać elementów tej układanki – same się układały. Unimesko i E&K: ci sami ludzie „łącznik” Izdebski – ten sam adres, ten sam model działania – ten sam wywiad. Byłem w szoku. Teoria zwrotki, mechanizmu, który był powszechny w tym biznesie i który udziałowiec Unimesko przeprowadził w Portugalii, tłumaczyła wszystkie absurdy kontraktu z respiratorami Anno Domini 2020. Miała jeden słaby punkt: wciąż była to tylko teoria. Ale przecież było coś jeszcze. Przypomniałem sobie, że od prawie dziesięciu lat ABW i prokuratura w Bydgoszczy prowadziły śledztwo w sprawie Unimesko. Chodziło o kontrakt na ponad trzy tysiące ton trotylu, które spółka Andrzeja Izdebskiego miała dostarczyć dla państwowej firmy Nitro – Chem, funkcjonującej „pod opieką” Wojskowych Służb Informacyjnych, a potem Służby Kontrwywiadu Wojskowego, obecnie wchodzącej w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Spółka Izdebskiego zainkasowała milion trzysta tysięcy dolarów, ale zrealizowała tylko fragment zamówienia – zupełnie jak przy respiratorach dla resortu ministra Szumowskiego. Oczywiście śledztwo utknęło w martwym punkcie, a pieniądze przepadły, bo okazało się, że majątek Unimesko nie pokrywa wartości kontraktu. A nie pokrywał, bo jak dla mnie, sprawa była jasna: pomijając już nawet fakt, że większość transakcji na rynku handlu bronią realizowana jest pod stołem, to majątki takich firm, jak Unimesko nierzadko nie pokrywały kwot kontraktowych, właśnie na wypadek podejmowania przez kontrahentów próby odzyskania pieniędzy vide historia z Nitro – Chemem. Czym więc była ta historia? Deja vu? Kolejną zwrotką? Wierzę w przypadki, ale każda wiara ma swoje granice, a w sprawie hucpy z Nitro – Chemem znów, niczym podszewka spod kurtki, „wychodzili” ludzie i mechanizm powtórzony przy respiratorach. A ta jego powtarzalność – to było już coś więcej niż tylko teoria. Zastanawiałem się, dlaczego umknęło mi to wcześniej. Przegapiłem Priviterę, udziały w Unimesko i mechanizm zwrotki – to raz. Nie dostrzegłem, że Unimesko i E&K, to klony – to dwa. Ale teraz wszystko było jasne jak słońce. Także to, dlaczego do podpisaniu kontraktu z ministerstwem zdrowia ministra Szumowskiego „tajemne moce” wystawiły nie Unimesko, tylko E&K. Druga ze spółek, cicha i skromna – Izdebski, żona i sekretarka – formalnie skupiała się na usługach lotniczych, szkoleniu pilotów, produkcji motolotni, czy takich programach jak ten dotyczący budowy „Bielika”, samolotu szkolno – treningowego. I tylko nieliczni wiedzieli, że to wszystko to elementy „przykrywki”. Czysta karta – to zdecydowało o wystawieniu E&K do kontraktu z ministerstwem. W sumie dla autorów szemranego interesu było to bez znaczenia: ci sami ludzie, ten sam adres, ten sam wywiad – i mechanizm działania też ten sam. To było to coś, czego nie zauważyli przedstawiciele mediów, którzy skupili się tylko na oferencie, czyli na szczegółach – zamiast na tle i na celu. Tymczasem kluczem do rozwiązania zagadki było właśnie zrozumienie całej układanki: dwie spółki – jedna ręka – jeden cel. Rozumiałem dobrze, co to oznaczało: że publiczne pieniądze wydane przez Ministerstwo Zdrowia przepadły. Nie byle jakie pieniądze, bo w tej historii „pojechano po bandzie”. Na ogół przy mechanizmie zwrotki wypłacano zaliczkę. Tymczasem w przypadku respiratorów zniknęła większość kwoty z kontraktu. Ktoś uznał, że w sytuacji zamieszania z COVID-19 można pójść na całość? Zdecydowało przekonanie o wszechwładzy rządzących? A może zaważyła dotychczasowa bezkarność autorów procederu, oznaczająca także dalszą bezkarność? – Gwarantuję ci, że ani Izdebskiemu ani nikomu, kto maczał ręce w tym „biznesie”, włos z głowy nie spadnie – Marek najwyraźniej czytał w moich myślach. – Zróbmy quiz: ile znasz normalnych firm, normalnych ludzi, którzy mogą ot tak wejść do jakiegoś ministerstwa i dostać kontrakt na dwieście milionów? To nie jest pytanie podchwytliwe. Podobnie jak pytanie, kto mógł za niego zagwarantować? Bo przecież ktoś musiał, prawda? Izdebski i reszta tego szemranego towarzystwa bez ochrony służb specjalnych co najwyżej mogliby sprzedawać śrut do wiatrówki na świdnickim bazarze. Kazimierz Morski, czy Daniel Markowski vel Zwierski, to ledwie przykłady ilustrujące, kto za tym wszystkim stoi. A w odniesieniu do takich ludzi w takich sprawach, sprawiedliwość jest martwa, jak dinozaury.

– Jaka w tym wszystkim była rola ludzi z Ministerstwa Zdrowia?

– Cieszyński i jego szef, minister Łukasz Szumowski robili w tej historii za tak zwanych pożytecznych idiotów i to jest ta lepsza wersja. Ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że bliższa prawdy jest wersja inna, znacznie gorsza. Rzecz w tym, że to się nie okaże, bo nawet gdyby istniał cień szansy, że śledztwo wyjaśni tę hucpę, to od tego już ma być ustawa o „szczególnych rozwiązaniach”, by nic nigdy nie zostało wyjaśnione. 

CDN

PS. Zapraszamy Państwa do udziału on-line w programie „Pogorzelisko”, w którym w trybie „na żywo” będziemy rozmawiać o lockdownie – o tym, kto i dlaczego mydli nam oczy? Gościem programu „Pogorzelisko” będzie Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Już dziś – we środę 3 lutego – o godzinie 16 00. Do zobaczenia.